Jako rodzice każdego dnia zadajemy sobie wiele pytań związanych z wychowaniem dzieci. Zdarza się, że bezradnie rozkładamy ręce lub wychodzimy z siebie, żeby osiągnąć upragnioną przez nas reakcję naszej pociechy. Czy przypadkiem nie popełniliśmy gdzieś błędu?
Poniżej publikujemy cały jeden rozdział z książki "Rodzice w akcji. Jak przekazywać dzieciom wartości" napisanej przez Monikę i Marcina Gajdów. Autorzy są terapeutami, na co dzień pomagającymi setkom rodziców w rozwiązywaniu problemów wychowawczych. Ich książka jest nie tylko wytłumaczeniem przyczyn najczęstszych problemów z dziećmi, ale przede wszystkim poradnikiem, jak się zachować, co zrobić, jak ukierunkować swoje myślenie, co zmienić, jak przekazać dzieciom wartości oraz wiarę.
Przypatrzmy się powodom, dla których kręcimy się wokół naszego dziecka i w związku z tym tak trudno rozstać się nam z Klubem „Orbita”:
Monika: Abyśmy się dobrze zrozumieli – magiczne sformułowanie „to twoja sprawa”, które jeszcze kilkakrotnie powróci w tym rozdziale, nie oznacza zimnej obojętności rodzica wobec faktu, czy dziecko będzie głodne, czy najedzone. Rodzic nie przestaje kochać i obserwować dziecka, staje jednak z boku, aby pozwolić mu odczuć konsekwencje jego działań i wyborów, zawsze jednak będąc gotowym do tego, by zainterweniować, gdyby zaszła obawa zagrożenia zdrowia lub życia dziecka. A jeśli chodzi o sprawy typu „zapnij pasy w samochodzie” – zapinamy i już, nawet jeśli dziecko protestuje!
Marcin: Pamiętam, jak kiedyś pierwszy raz (i ostatni) dzieci nie chciały zjeść kanapek, które im przygotowałem. Zaczęły zrzędzić, że „nie takie”, że „nie teraz” i że w ogóle nie będą jeść. Pomyślałem sobie wtedy, że w sumie to nawet dobrze, bo to zawsze parę złotych do przodu i kanapki wylądowały na kredensie na tyle wysoko, żeby nie można było ich dosięgnąć i na tyle nisko, aby można je było widzieć. Poinformowałem dzieci, że idę sobie czytać książkę i że trudno, „to ich sprawa”, ale będę bardzo zajęty, a następny posiłek będzie za parę godzin. Magiczne słowa: „Wasza sprawa, że teraz nie jecie”. No bo przecież tak naprawdę to była ich sprawa, przecież to ich brzuchy, a nie mój... Po chwili dobrej zabawy dzieci poczuły, że są głodne (myślę, że tak naprawdę były głodne już wcześniej, ale nie miały czasu zjeść, bo się bawiły) i przyszła delegacja z prośbą o wydanie kanapek, a ja ze smutkiem stwierdziłem, że nie mam czasu i że „tak jak wcześniej powiedziałem, następny posiłek będzie za parę godzin”. Gdybyście tylko mogli poczuć zapach tych kanapek. Ach, jak one pachniały. Ich zapach był wszędzie: w klockach, w łazience, w pokoju, nawet telewizor nimi pachniał. Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy dzieci powiedziały mi, że nie będą jeść.
Jeszcze się wahacie? Zapewniamy was, że to, co proponujemy, jest dużo prostsze, niż to, co robiliście do tej pory. I co najważniejsze, wynika z miłości do dzieci! Przełącznik motywacji sprawia, że dziecko może odczuć negatywne konsekwencje wynikające z faktu niezrobienia czegoś – pozwalamy mu odczuć na własnej skórze, co się stanie, gdy czegoś nie zrobi (nie zje, nie sprzątnie, nie nauczy się, nie spakuje się, nie ubierze się, nie będzie na czas, nie, nie, nie...).
Wymienimy teraz ważne cechy skutecznego przełącznika motywacji:
Regularność życia ułatwia samodzielne zasypianie. Gdy dziecko jest starsze, stały rytm: „sprzątanie, kolacja, mycie, modlitwa, bajka i spać” staje się nawykiem. Warto dziecku przy łóżku poczytać, ale raczej nie należy wchodzić w rolę pluszaka – przytulanki, przy której dziecko zasypia. Kiedy skończymy bajkę, dajemy buziaka, gasimy światło (można zostawić małą, kilkucentymetrową szparkę w drzwiach lub minilampkę w kontakcie ) i wychodzimy, zanim dziecko zaśnie. Nie kładziemy się obok dziecka w jego łóżku i nie czekamy przy nim, aż uśnie.
Zdarza się, że dziecko (gdy pokona barierę szczebelków w łóżeczku) zaczyna wędrować nocą i chce za wszelką cenę „wylądować” u rodziców w łóżku. Jeśli tak się zdarzy, trzeba wstać i odprowadzić je do jego łóżka. Nie należy z dzieckiem w nocy prowadzić dyskusji, a już na pewno nie stawiać pytań w rodzaju: „Dlaczego przyszedłeś, czy wystraszyłeś się czegoś, śniło ci się coś?” Odprowadzając je do własnego łóżka, warto powiedzieć: „Ty masz swoje łóżko, a my swoje, nie przychodź do nas w nocy”.
Marcin: Panowie! To jest nasze zadanie – oczywiście my nie usłyszymy, że dziecko przyszło w nocy do naszego łóżka, ale nasze żony pomogą nam nie przegapić tego faktu!
Rzadko kiedy takie „wędrowanie” zdarzać się będzie dłużej niż parę dni pod rząd, jeśli konsekwentnie będziemy się trzymać przedstawionych zasad. Lepiej nie ulegać zmęczeniu i nie zgadzać się na to, że rano budzimy się we troje, bo wtedy nocne podróże do rodziców niechybnie staną się nawykiem dziecka. Wspólne brykanie w łóżku, gdy dzieci przychodzą rano, to zupełnie co innego!
Jeśli od samego początku postępujemy konsekwentnie, dziecko bardzo szybko nauczy się samodzielnie zasypiać i przesypiać całą noc. Można będzie je zostawić pod opieką innych osób i nie sprawi nikomu problemu. Jeśli jednak rodzice dali się złapać maluchowi, będą musieli przerobić zaległą lekcję. Jedno jest pewne: dziecko nie odda pola bez walki. Zrobi wszystko, aby pozostało tak, jak jest, użyje wszystkich sposobów, aby przekonać rodzica, że nie może samodzielnie zasnąć. Łagodność i stanowczość – oto co jest wtedy potrzebne. Czasem trzeba się uciec do forteli, zadziałać sposobem – nierzadko nie obędzie się bez płaczu, ale przecież chodzi o rzeczywiste dobro dziecka, o jego dojrzałość i o mądrą miłość.
Monika: Warto tutaj dodać, że tak zwane niejadki są generalnie „wyprodukowane” przez ich matki, ciocie i babcie. Dla mężczyzny temat jedzenia jest znacznie prostszy – po prostu o nim nie myśli, dopóki sam nie jest głodny. W większości przypadków mężczyzna zje to, co jest, a jeśli dziecko jest pozostawione pod opieką ojca i chce przeżyć, musi mu powiedzieć, że jest głodne. Mężczyzna sam z siebie może tę kwestię przeoczyć. W związku z tym głodne dzieci zjadają posiłek przy ojcu z apetytem.
Niektóre matki utrzymują, że ich dziecko nie odczuwa głodu i zwyczajnie by umarło, gdyby się go nie zmusiło do jedzenia. Jednak gdy się dokładnie dopytamy, czy na pewno dziecko nic nie jadło, to okaże się, że oprócz bananka i jogurcika nic nie jadło, a czasem rzeczywiście nic nie jadło, ale piło (soczek, nie wodę). Robimy badania laboratoryjne, dziecko jest zdrowe jak rydz. Kiedy mówimy rodzicom, że w takim razie niech niejadek nic nie je (nawet dwa dni, a tylko pije wodę, dopóki nie zgłodnieje i sam nie poprosi), to najczęściej ojciec nie może się powstrzymać, aby nie spojrzeć tryumfująco na żonę, z miną w stylu: „A nie mówiłem!”. Matka zaś patrzy na nas jak na potencjalnych morderców jej dziecka, czasem nic nie powie, czasem dla świętego spokoju się zgodzi na ten eksperyment, ale nigdy go nie wykona i już szuka w myśli kolejnych terapeutów, bo z „tymi Gajdami” to ona nie chce mieć już więcej do czynienia.
Stawiamy zatem ryzykowną tezę: gdy dziecko jest głodne, to zawoła – noworodek i niemowlę zapłacze, a starsze powie. Stanie się tak niechybnie, jeśli tylko pozwolimy dziecku zgłodnieć (poczuć egzotyczne dla niektórych uczucie głodu). Nie należy biegać za dzieckiem, aby zjadło, nie wolno karmić w trakcie zabawy lub bajki, nie należy urządzać przedstawień w rodzaju „leci, leci samolocik…”. Jeśli chcemy, aby dziecko jadło w określonym czasie i to, co ugotujemy , nie podajemy mu nic między posiłkami i pozwalamy mu nie zjeść nic (o zgrozo!) lub zjeść tyle, ile chce. Niech sobie samo nałoży! Czemu nie? Albo niech powie, ile mu nałożyć! Zadbajmy o to, by jedzenie było pełnowartościowe.
Dziecko może zjeść deser, jeśli zje odpowiednią ilość pełnowartościowego jedzenia. Ważne, żeby nie jadło po to, aby zjeść deser. Jeśli nie chce jeść (bo nie jest głodne, bo „to niedobre”) wyrażamy swoją obojętność wobec tego faktu („twoja sprawa”), zapowiadając, że następny posiłek będzie za X godzin i że w międzyczasie nie dostanie nic poza wodą. Bądźmy konsekwentni. Jeśli chcemy, aby dzieci jadły wszystko to, co sami jemy, postępujemy identycznie z tą tylko różnicą, że na kolejny posiłek czeka dziecko to, czego nie chciało zjeść poprzednio, pod warunkiem, że my sami byśmy to zjedli. Wiemy, wiemy, to okropne, ale dzięki temu wasze dziecko będzie jadło wszystko, a nie tylko pierogi, chleb z szyneczką i rosół (jak to się zdarzyło w pewnej rodzinie) lub wyłącznie pizzę i grzanki (jak to się zdarzyło w innej). Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że dzieci dorastają do niektórych smaków i potraw i nie będą jadły, a nawet nie powinny jeść tego, co lubią ich rodzice – trzeba zachować zdrowy rozsądek.
Jak zawsze przy zastosowaniu przełącznika dziecko musi odczuć negatywne konsekwencje tego, że czegoś nie zrobiło (w tym przypadku nie nauczyło się, nie odrobiło lekcji, o czymś zapomniało, nie spakowało się itd). Oznacza to po pierwsze, że trzeba w jakimś momencie pozwolić dziecku czegoś się nie nauczyć, nie odrobić lekcji i o czymś zapomnieć, czego następstwem musi być pierwsza jedynka lub uwaga i dopiero na to reagujemy konsekwencjami. Uwaga! Nie zachęcamy was do tego, aby przestać kontrolować dziecko – kontrola jest naszym obowiązkiem, póki je wychowujemy i płacimy za jego edukację. Namawiamy was, aby jak najszybciej przenieść kontrolę z poziomu uczenia się i przygotowania w domu (Czemu się nie uczysz? Co masz na jutro zadane? Pokaż zadanie domowe! Spakowałeś się?) na poziom wyników w nauce (Jakie dostałeś dziś oceny?).
Po drugie trzeba koniecznie powiązać konsekwencje ewentualnych złych wyników w nauce z żywotnym interesem dziecka (konsekwencje muszą być określone i ograniczone w czasie do momentu, gdy dziecko nie poprawi negatywnej oceny). Nie karzemy za złe wyniki w nauce, lecz po prostu pozwalamy odczuć, co się dzieje, gdy się nie wykona jakiejś pracy. Bez pracy nie ma kołaczy. Jeśli się nie wykonało obowiązków, nie można korzystać z przyjemności i trzeba nadrobić to, czego się wcześniej nie zrobiło:
Jak wygląda w praktyce użycie przełącznika motywacji w przypadku nauki?
Przeprowadzamy mniej więcej taką rozmowę:
Drogi Jasiu, widzimy, jak stajesz się coraz starszy i jesteśmy dumni z ciebie. W związku z tym uznaliśmy, że jesteś już na tyle duży, abyś sam pilnował swoich obowiązków. Nie będziemy ci przypominać, że masz się uczyć, ani cię sprawdzać, czy odrobiłeś lekcje i czy się spakowałeś. To jest twoja sprawa, jak gospodarujesz swoim czasem.
Nie oznacza to jednak, że przestajemy się tobą interesować. Nadal będziemy cię sprawdzać, interesują nas twoje oceny i o nie będziemy cię pytać. Jeśli dostaniesz według nas za słabą ocenę (tu określamy dokładnie, jaka ocena, z jakiego przedmiotu jest według nas „za słaba”), będziesz musiał ją poprawić – będziesz musiał wygospodarować na to dodatkowy czas.
Pamiętaj, że tak naprawdę to twoja rzecz, czy się uczysz, czy nie – od tego zależy twoja przyszłość, nie nasza, choć oczywiście nie jest nam obojętne, czy będziesz dobrze wykształcony i czy będziesz miał kiedyś dobrą pracę. Każdy twój sukces bardzo nas cieszy!
Jak widać podkreślamy nasze zaufanie do dziecka i jego dojrzałość. Zmienia się sytuacja, przestajemy sprawdzać naukę w domu, a zaczynamy kontrolować oceny. Musimy być zatem na bieżąco z dziennikiem, w dobrym kontakcie ze szkołą, ponieważ przełącznik jest skuteczny tylko wtedy, gdy konsekwencje następują szybko po wydarzeniu. Może się zdarzyć, że dziecko załapie nowy system od razu, częściej jednak będzie się musiało nauczyć samokontrolowania, czyli funkcjonowania bez „pamięci zewnętrznej” w postaci rodzica. Najprawdopodobniej nie obędzie się bez kilku wpadek, a wyniki w nauce chwilowo się pogorszą. Trzeba wtedy zachować zimną krew i pokonać pokusę, by funkcjonować po staremu. Należy być bardzo konsekwentnym: Jasiu, jest mi przykro, że nie możesz z nami oglądać tego filmu, ale ta jedynka jeszcze nie została poprawiona. Kolega cię zaprasza? Szkoda, że nie możesz pójść. Jak tylko nadrobisz zaległe zadanie domowe, odwiedzisz kolegę.
Gdy wprowadzamy przełącznik, warto nawiązać kontakt z nauczycielami i poinformować ich o tym. Możliwy jest bowiem chwilowy spadek formy ucznia, jednak nie wynika on z tego, że przestaliśmy się interesować dzieckiem, ale z faktu, że dziecko uczy się samo pilnować swoich obowiązków.
Jeśli macie obawy, że to nie wyjdzie, i wątpliwości, czy warto, rozejrzyjcie się wokół i poszukajcie jakichś rodziców nastoletnich dzieci, którzy nie wiedzą już co zrobić, aby zagonić swoje dzieci do nauki. Zabrali już komputer, odcięli internet, obcięli kieszonkowe, wyłączyli komórkę, a dziecko nadal się nie uczy. Tak będziecie funkcjonować za parę lat, jeśli na poziomie szkoły podstawowej nie zastosujecie przełącznika. Według nas dziecko w czwartej, piątej klasie szkoły podstawowej powinno już samodzielnie pilnować swoich obowiązków i gospodarować swoim czasem. Co, przegapiliście ten moment? Trudno, trzeba więc teraz zastosować przełącznik. Im później, tym trudniej…
Chcemy także zwrócić uwagę na fakt, że dziecko może potrzebować waszej pomocy w nauce, bo ma obiektywne trudności (na przykład związane ze zdiagnozowaną dysleksją lub jakimś innym „dys-”). W takiej sytuacji również można i trzeba zastosować przełącznik. Jeśli na przykład dziecko nie jest w stanie samo sprawdzić ortografii, to jego obowiązkiem jest poprosić was o sprawdzenie pracy w domu. Jeśli tego nie zrobi, ponosi konsekwencje. Jeśli dziecko nie jest w stanie czegoś się nauczyć samodzielnie (wymaga sprawdzenia), to jego obowiązkiem jest poprosić was o przepytanie. Może się zdarzyć, że dziecko opanowało określony materiał, a w szkole wszystko mu „uciekło”. Jeśli w domu poprosiło, aby je przepytać, to nawet gdy dostanie jedynkę, nie powinno ponieść żadnych konsekwencji. Jak widać, w każdym z tych przykładów, to dziecko, a nie rodzic, ma pamiętać o swoich obowiązkach.
Dzieci potrafią „wciągać” rodziców do nauki, aby w ten sposób się popieścić i mieć tatę lub mamę tylko dla siebie – wszak konkurencja w postaci brata lub siostry nie śpi… Wtedy trzeba zwrócić uwagę na to, czy naprawdę nie potrafi wykonać swej pracy samodzielnie, czy też chce tylko, aby przy nim być, kiedy odrabia lekcje. Gdyby chodziło tylko o to drugie, nie należy dać się wciągnąć w taką grę: Kiedy zrobisz to zadanie, zawołaj mnie, nie mam czasu siedzieć przy tobie, bo muszę obejrzeć dwumilionowy odcinek „Mody na sukces”. A gdy zaprotestuje, trzeba wyrazić obojętność: No trudno, jeśli nie zrobisz tego sam, dostaniesz jedynkę.
Monika: Zdarzyło nam się kiedyś pomagać rodzicom nastolatka, który wypominał z krzykiem rodzicom, że nie chcą z nim pisać wypracowania z języka polskiego. Wygrażał, że sam nic nie napisze, a jego mama przerażona faktem, że syn dostanie jedynkę, w końcu siadała i pisali „razem” opowiadanie. Ach te mamy...
Jeśli nie wystąpimy z Klubu „Orbita”, to będziemy krążyć wokół dziecka i to nam (a nie jemu) będzie zależało, aby zjadło, aby samodzielnie zasypiało, aby sprzątało, myło zęby i najważniejsze – aby się uczyło.
Zobaczmy, że i Jezus ma podobną pedagogię wobec człowieka. Posłuchajmy...
Powiedział też: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: «Ojcze, daj mi część majątku, która mi przypada». Wtedy on rozdzielił między nich majątek. Niedługo potem młodszy syn zabrał wszystko i wyjechał do dalekiego kraju. Tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. Kiedy wszystko wydał, nastał w tym kraju wielki głód i również on zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł więc i zatrudnił się u jednego z mieszkańców tego kraju, a on posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął najeść się strąkami, którymi karmiły się świnie, ale i tego nikt mu nie dawał. Zastanowił się nad sobą i stwierdził: «Tylu najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja ginę tu z głodu. Wstanę i pójdę do mojego ojca i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i względem ciebie. Już nie jestem godny nazywać się twoim synem. Uczyń mnie choćby jednym z twoich najemników».
Wstał więc i poszedł do swojego ojca. A kiedy jeszcze był daleko, zobaczył go ojciec i ulitował się. Pobiegł, rzucił mu się na szyję i ucałował go. Syn mu powiedział: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i względem ciebie. Już nie jestem godny nazywać się twoim synem». Wtedy ojciec powiedział do swoich sług: «Szybko przynieście najlepszą szatę i ubierzcie go. Włóżcie mu pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie tłuste cielę i zabijcie je. Będziemy jeść i bawić się, bo ten mój syn był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się». I zaczęli się bawić.
Tymczasem jego starszy syn był na polu. Gdy wracał i był już blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co się wydarzyło. On mu odpowiedział: «Twój brat wrócił i ojciec zabił tłuste cielę, bo odzyskał go zdrowego». Wtedy rozgniewał się i nie chciał wejść. Wyszedł więc ojciec i zachęcał go do wejścia. Lecz on powiedział do ojca: «Tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twego polecenia, ale ty nigdy nie dałeś mi nawet koźlęcia, abym się mógł zabawić z przyjaciółmi. A gdy wrócił ten twój syn, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, zabiłeś dla niego tłuste cielę». On mu odpowiedział: «Dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, należy do ciebie. Przecież trzeba się bawić i radować, bo ten twój brat był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się»”. (Łk 15 11-32)
Można powiedzieć, że Bóg niejako ograniczył swoją wszechmoc ze względu na wolność człowieka. Bóg nie wkracza w nasze życie na siłę, wbrew naszej woli. Nie szantażuje nas swoim smutkiem czy cierpieniem. Nie prosi, nie błaga, abyśmy za nim poszli. Owszem, objawia szczęście, jakie nas czeka, gdy będziemy z Nim w komunii, jednak nie zmusza nas do niczego. Ukazuje wymagania, jakie stawia Jego miłość, oraz przestrzega przed konsekwencjami, jakie poniesiemy, oddalając się od Niego, ale pozostawia nam wolność.
Cóż by to była za miłość, gdybyśmy musieli kochać Boga? W przypowieści, którą przytoczyliśmy, ojciec nie błaga dziecka, aby z nim zostało, nie rozrywa szat, nie kładzie się na drodze, nie szantażuje syna wydziedziczeniem. Ojciec kocha syna, ale pozwala mu odejść i w ten sposób daje mu odczuć konsekwencje jego wyborów. Jeśli kogoś nie przekonuje niebo, czasem musi doświadczyć piekła, aby zrozumieć, czym jest życie poza Bogiem. Syn nie wraca do Ojca z miłości, wraca, bo umiera z głodu. Nie wiemy, czy w jego sercu ostatecznie zwycięży miłość.
Warto zwrócić uwagę, że tak naprawdę w Ewangelii nie następuje radosny HAPPY END – przypowieść jest niedokończona. To niezwykle istotne, bo Jezus podał nam ją właśnie w taki sposób, z pewnym niedopowiedzeniem. Miłość ojca jest tak skandaliczna, że nieświadomie chcemy ją jakby usprawiedliwić, dorabiając pozytywne zakończenie (synowie zaczynają rozumieć swoje błędy i odpowiadają miłością na miłość ojca). Tak naprawdę nie ma pewności, że młodszy syn pozostanie w domu ojca na stałe. Kto wie, czy znów nie odejdzie, napełniwszy swój brzuch?
W przypowieści ojciec zezwala na „skandal wolności” swych synów. Swoją śmiercią na krzyżu Jezus zapłacił zbyt wysoką cenę za naszą wolność, byśmy teraz pozbawiali jej nasze dzieci. Ojciec pozwala synowi odczuć konsekwencje jego własnych czynów i wyborów.
Kochani rodzice, którzy chcecie osiągnąć dobre zmiany we własnych postawach rodzicielskich, zapraszamy was do ćwiczeń i decyzji! Niech każde z was osobno odpowie pisemnie na poniższe pytania, a potem porównajcie odpowiedzi. Zapraszamy was następnie do dyskusji i podjęcia postanowień (i tak będzie po każdym rozdziale).
